sobota, 23 lutego 2013

część II

Macie tu kolejną część mojego opowiadania. Mam nadzieję, że się spodoba :)

 ***

         Straż pożarna, a następnie pogotowie i policja zjawiły się na miejscu, jednak zbyt późno by cokolwiek wskórać. Może to była kwestia zaledwie kilku sekund, a funkcjonariusze publiczni nigdy nie potrafią być na czas. Jednak jak później uważano, wina nie stała po stronie stróży prawa, ni nikogo innego. Miejscowi ludzie przypisywali tutaj działalność, dusz i istot pochodzących z innego świata, świata, martwych, zimnych dusz nie mogących znaleźć cichego zakątka, wieczystego spokoju. Już wcześniej w mieście działy się niewytłumaczalnie dziwne zjawiska, jednak tragedia na tak wielką skalę wydarzyła się po raz pierwszy od niepamiętnych czasów. Z dawnego domu starców pozostała jedynie ogromna kupa gruzu, popiół i dym. W całym mieście panowała mroczna atmosfera. Niebo spowite było gęstą mgła. Zbliżał się wieczór. Coraz trudniej było znaleźć jakiekolwiek ślad, wskazówkę, przyczynę, powód. Tak jakby dom zapadł się pod Ziemie, zostawiając po sobie pamiątkę w postaci gruzu. Kiedy słońce schowało się za horyzontem, a księżyc wstąpił na tron swego królestwa, tłumy gapiów, bezradnych gupików odmawiały modlitwę za duszę zmarłych w cierpieniach, niewyobrażalnych męczarniach, składali im hołd, starając się wkupić w ich łaski. Mgła zgęstniała znacząco. Miasto było jakby skąpanym w fali mleka. Ciemność, wszędzie panowała ciemność.  W żadnym domu nie świeciło się nawet jedno światło, wnętrza były ciche, pozbawione wcześniejszej rodzinności. Dusza miasta odeszła, odeszła i nie miała zamiaru wrócić już nigdy. Spośród, panującego mroku dostrzegalne były jedynie liczne płomienie zniczy, które tak żwawo tańczyły przeszywając ciemność. Symbolizowały odłączone od ciała dusze, którym tak ciężko przetrwać z brakiem wsparcia cielesnego. Igrały z wiatrem, ze swoim przeznaczeniem. Nie pora im odchodzić. W powietrzu uniósł się po raz ostatni dźwięk lamentów, płaczu zrozpaczonych krewnych. Wszystkie modlitwy zostały odmówione, pieśni żałobne odśpiewane. Nastał czas powrotu do domu. Każda matka, otuliła swoje dziecko, każdy mąż doglądał żony. Wokół ruin budynku pozostał tylko jeden chłopiec, którego zniknięcia rodzice nie zdążyli się jeszcze dopatrzeć. Rozejrzał się wokół siebie. Nie zobaczył nikogo. W tamtej chwili pragnął jedynie wpaść w objęcia matki, tak niezmiernie się bał. Postanowił przycupnąć na jednej z desek i poczekać na przyjście zbawiciela. Czas się dłużył, mijały kolejne minuty, godziny, nikt się nie pojawiał. Strudzony chłopczyna zwinął nóżki i ukrył pomiędzy nimi twarz, bowiem jego umysł często płatał mu figle. Widział rzeczy, o których inni nie byli w stanie nawet pomyśleć, postaci z najgorszych mar sennych. Zasnął. Wiatr rozwiewał jego kruczoczarne włosy, targał znoszonym ubraniem, szeptał, drwił. Mały ocknął się. Gdzieś tam daleko, dojrzał swoją mamusię, wyglądała tak pięknie. Wstał. Stąpał swymi maluśkimi stópkami po nierównym gruncie Był coraz bliżej celu. W pewnym momencie zwolnił kroku, przystopował. Teraz zdał sobie sprawę z tego, iż to wcale nie była jego mamusia....


piątek, 22 lutego 2013

część I

Witam serdecznie wszystkich. Jest to mój pierwszy blog tego typu, zawierający opowiadania, także proszę o wyrozumiałość i wasze opinie ; ) 


***

Jesteśmy tylko ludźmi, zachłannymi istotami, łaknącymi szczęścia i bezpiecznego zakątku. Jedni szczęśliwcy osiągną ten stan szybciej, drudzy później, a jeszcze inni wcale. Do tej ostatniej, odrzuconej od społeczeństwa grupa należała Suz, kobieta o  strudzonej postawie, tak ciężko ukaranej przez los. Jej zalane głębokimi zmarszczkami oblicze wskazywało na starczy wiek. Suz, swego czasu zamieszkiwała Dom Spokojnej Starości, jednak mimo licznej nadziei, życie pokazało jej, iż nie zawsze jest słodkie, iż czasem potrafi być okrutne, można by rzec bezlitosne. Bowiem ogromna tragedia spotkała staruszkę. Kilka bądź kilkanaście lat wstecz, podczas hucznego festiwalu odbywającego się na ulicy, tuz obok placówki, w niewyjaśnionych do tej pory okolicznościach najpierw ogniem zajął się sąsiedni budynek, następnie dom kobiety. Płomień nie oszczędzał nikogo, ani niczego, co napotkał na drodze. Wyżerał wszystkie dusze budynku, syczał i drwił ze schorowanych staruszków, niezdolnych chociażby opuścić swego łóżka. Swą naturą przypominał nikogo innego, niż Belzebuba, który właśnie wyłonił się z otchłani piekieł po swe nowe ofiary, po swych wiecznych sług, skazanych na wieczne utrapienie. Po niespełna kilku minutach ogień wdarł się do pokoju Suz. Staruszka leżała na swym łożu, w tej chwili wyłącznie śmierci. W prawej ręce z całych sił ściskała różaniec, odmawiała głośno Ojcze Nasz. Lewą rękę z całej siły zacisnęła na poręczy rozlatującego się łózka. Teraz przyszli po nią. Nie było już ratunku. Może to i z powodu choroby i starczego, wieku, może z powodu hałasu i wrzawy panującej w budynku słyszała głosy, szepty. One do niej przemawiały. Jakby chciały ją o czymś uświadomić. Zanim jednak zrozumiała ich przesłanie, ogień zajął jej piżamę. Kobieta oddychała coraz głębiej, coraz mocniej ściskała również różaniec. Złośliwy duch podążał wyżej i w jednej sekundzie pochłonął ciało, duszę. Ostatnim tchnieniem Suz wypuściła różaniec z ręki, który z wielką lekkością upadł na osmoloną posadzkę. Druga ręka jednak dalej ściskała pozostałości niegdyś metalowej poręczy.

Obserwatorzy