Macie tu kolejną część mojego opowiadania. Mam nadzieję, że się spodoba :)
***
Straż
pożarna, a następnie pogotowie i policja zjawiły się na miejscu, jednak zbyt
późno by cokolwiek wskórać. Może to była kwestia zaledwie kilku sekund, a
funkcjonariusze publiczni nigdy nie potrafią być na czas. Jednak jak później uważano,
wina nie stała po stronie stróży prawa, ni nikogo innego. Miejscowi ludzie
przypisywali tutaj działalność, dusz i istot pochodzących z innego świata, świata, martwych, zimnych dusz nie mogących znaleźć cichego zakątka, wieczystego spokoju. Już wcześniej w
mieście działy się niewytłumaczalnie dziwne zjawiska, jednak tragedia na tak
wielką skalę wydarzyła się po raz pierwszy od niepamiętnych czasów. Z dawnego
domu starców pozostała jedynie ogromna kupa gruzu, popiół i dym. W całym
mieście panowała mroczna atmosfera. Niebo spowite było gęstą mgła. Zbliżał się
wieczór. Coraz trudniej było znaleźć jakiekolwiek ślad, wskazówkę, przyczynę,
powód. Tak jakby dom zapadł się pod Ziemie, zostawiając po sobie pamiątkę w
postaci gruzu. Kiedy słońce schowało się za horyzontem, a księżyc wstąpił na tron swego królestwa, tłumy gapiów, bezradnych gupików odmawiały modlitwę za duszę zmarłych w cierpieniach, niewyobrażalnych męczarniach, składali im hołd, starając się wkupić w ich łaski. Mgła zgęstniała znacząco. Miasto było jakby skąpanym w fali mleka. Ciemność, wszędzie panowała ciemność. W żadnym domu nie świeciło się nawet jedno światło, wnętrza były ciche, pozbawione wcześniejszej rodzinności. Dusza miasta odeszła, odeszła i nie miała zamiaru wrócić już nigdy. Spośród, panującego mroku dostrzegalne były jedynie liczne płomienie zniczy, które tak żwawo tańczyły przeszywając ciemność. Symbolizowały odłączone od ciała dusze, którym tak ciężko przetrwać z brakiem wsparcia cielesnego. Igrały z wiatrem, ze swoim przeznaczeniem. Nie pora im odchodzić. W powietrzu uniósł się po raz ostatni dźwięk lamentów, płaczu zrozpaczonych krewnych. Wszystkie modlitwy zostały odmówione, pieśni żałobne odśpiewane. Nastał czas powrotu do domu. Każda matka, otuliła swoje dziecko, każdy mąż doglądał żony. Wokół ruin budynku pozostał tylko jeden chłopiec, którego zniknięcia rodzice nie zdążyli się jeszcze dopatrzeć. Rozejrzał się wokół siebie. Nie zobaczył nikogo. W tamtej chwili pragnął jedynie wpaść w objęcia matki, tak niezmiernie się bał. Postanowił przycupnąć na jednej z desek i poczekać na przyjście zbawiciela. Czas się dłużył, mijały kolejne minuty, godziny, nikt się nie pojawiał. Strudzony chłopczyna zwinął nóżki i ukrył pomiędzy nimi twarz, bowiem jego umysł często płatał mu figle. Widział rzeczy, o których inni nie byli w stanie nawet pomyśleć, postaci z najgorszych mar sennych. Zasnął. Wiatr rozwiewał jego kruczoczarne włosy, targał znoszonym ubraniem, szeptał, drwił. Mały ocknął się. Gdzieś tam daleko, dojrzał swoją mamusię, wyglądała tak pięknie. Wstał. Stąpał swymi maluśkimi stópkami po nierównym gruncie Był coraz bliżej celu. W pewnym momencie zwolnił kroku, przystopował. Teraz zdał sobie sprawę z tego, iż to wcale nie była jego mamusia....
